strona główna forum dyskusyjne

























Upolowany wilk Mój sprzęt do polowania w puszczy. Na przyczepie ATV. Przed nim stoi Ryszard Weron z Polski, który we wrześniu 2002 r., zabrał się ze mną na dwudniowy wypad do puszczy w środkowym Ontario. Strzeliliśmy tylko ...jednego jarząbka (Rufed Grouse) Nad Jeziorem Pronger od (L) H. Urbański i J. Działo z 'moim' wilkiem. 'Kochani rodzice, pomóżcie' - mówi do telefonu Les. Dryden listopad 2002. Zorza polarna, a w jej tle, po  prawej stronie - tuż nad drzewami - wielki wóz. Dryden listopad 2002. Zorza polarna, a w jej tle, po  prawej stronie - tuż nad drzewami - wielki wóz.
NOSIŁ WILK RAZY KILKA...

Już od paru lat, niektórzy koledzy z mojego klubu (Beaver Meadow Hunt Club Inc.) namawiają mnie, abym zapolował z nimi na łosia. Ten klub, specjalizujący sie w polowaniach na jelenie wirginijskie (pierwsze dwa tygodnie listopada), organizuje również w tym samym miejscu, czyli w okolicach jezior; Nipissing i Restoule w środkowym Ontario, ok. 400 km na północ od Toronto - polowanie zbiorowe na łosie. To polowanie zwykle trwa siedem dni, w trzecim tygodniu października (tyle w ogóle trwa w tym rejonie - Wildlife Management Unit nr 47 - polowanie na łosie ). Nie jest to typowy teren dla łosi, więc jest ich niewiele, a i rozmiary ich poroża są mizerne.

Niemniej jednak, co roku do klubowego kampu zjeżdża 16-stu myśliwych, by polować zbiorowo, ale indywidualnie. Trochę brzmi to dziwnie, ale tak to mniej więcej wygląda. Co rano wszyscy rozchodzą się na z góry wybrane stanowiska i ...czytają książki. Tu oczywiście przesadziłem, bo tylko jeden (Mike) ma taki zwyczaj i on strzelił tak łoszaka dwa lata temu. Większość, będąc na stanowiskach próbuje różnych sposobów wabienia, bo to pora bukowiska. Zwykle zostaje strzelony jeden byk na cały okres polowania.

Cenię sobie bardzo polowanie na jelenie wirginijskie w tym klubie, ale co do polowań na łosie, to wolę bardziej ...aktywne i w terenie typowym dla łosi. Odmawiam, dziękując za ofertę i jadę do stolicy łosia czyli do Dryden, w północno-zachodnim Ontario, ok. 1800 km od Toronto w jedną stronę (niektórzy uważają Hearst za ontaryjską stolicę łosia, ale przecież... może ich być dwie). Tak też zrobiłem w tym - 2002 roku. W zasadzie to jedziemy we dwóch, bo, jak co roku towarzyszy mi kolega Jan Działo z St. Catharines.

Po dwóch dniach jazdy (z noclegiem po drodze), wreszcie wita nas niewielkie miasteczko Dryden, a w nim "Max", chyba największy na świecie łoś - maskotka. Jest to stalowy postument, oddający ducha tej okolicy, leśnej krainy pełnej łosi, jeleni wirginijskich i wilków. Ale żeby było tak dużo zwierza, potrzebna do tego jest ...fabryka. I jest tu taka, dymiąca na cała okolicę ale też i dająca zatrudnienie wielu mieszkańcom Dryden. To fabryka celulozy należąca do dużego amerykańskiego konsorcjum "Weyerhaeuser" (na papierze tej właśnie firmy piszę niniejszy tekst).

Surowiec do produkcji papieru zapewniają okoliczne lasy, w których od wielu lat trwa selektywny wyrąb drzewa prowadzony przez tę firmę. Zręby po kilku latach porastają nową roślinnością i stanowią "magnes" dla nie tylko łosi ale także innej zwierzyny, szczególnie późną jesienią i zimą.

Po zrywce drewna pozostają leśne drogi, używane kiedyś do transportu surowca, a po których teraz myśliwi mogą wjechać w głąb puszczy i polować. Tak więc z wyrębu lasu są pewne benefity i dla ludzi i dla zwierzyny. By w tej pajęczynie leśnych szlaków nie zabłądzić, polujemy z kimś, kto je dobrze zna, kto tu i mieszka od lat, czyli z kolegą Leslie Shupe.

W tym miejscu mógłbym zakończyć pisanie o tym polowaniu, podając suchą statystykę, że w ciągu sześciu dni polowania strzeliliśmy sześć zwierząt; jednego byka i dwie łanie jelenia wirginijskiego, łoszaka oraz klępę, także wilka szarego.

Ale opowiem jak do tego doszło.

Dzień pierwszy - sobota, 23 listopada 2002 r.

Les mieszka w kampingowej przyczepie w swoim lesie (ok. 80 ha), kilkanaście kilometrów od Dryden nad jeziorem Pronger. Za sąsiada ma Henia Urbańskiego (gdzie nas rodaków nie posieje), też mieszkającego w podobnej przyczepie na jego terenie. Towarzyszył będzie nam w polowaniu Heniu, ale tylko dziś, bo na przyszły tydzień nie otrzymał urlopu z pracy. A pracuje w charakterze majstra (supervisor) w dużej "szklarni" w której uprawia się sadzonki leśnych drzewek (do sadzenia później na zrębach). Les z kolei pracuje we wspomnianej wyżej dymiącej fabryce i on zdołał uzyskać na nasz przyjazd - urlop z pracy.

Tego dnia o brzasku, opuszczamy miejsce zbiórki - domek Henia "Drzymały" i udajemy się parami w przeciwne strony. Janek i Heniu mają zająć pozycje na słabo zalesionym zboczu w pobliżu strumienia, a ja i Les bedziemy zachodzić z przeciwnej strony, stanowiąc nagankę. Do przejścia mamy parę kilometrów, głównie po obrzeżach Les'a działki. Wczoraj po przyjeździe, w miejscu gdzie przystrzeliwaliśmy broń (niedaleko stąd ) widziałem tropy pięciu wilków.

Na wszelki wypadek, od razu ładuję broń. Jesteśmy ok. 200 metrów od Heniowej siedziby. Będąc jeszcze na leśnej drode, półgłosem rozmawiamy, Les coś mówi, ja jednym uchem słucham, a "drugim okiem" obserwuję drogę przed sobą. Idziemy jej skrajem. Nagle widzę w odległości ok. 90 metrów przebiegające przez drogę jelenie wirginijskie (wielkości mniej więcej europejskiego daniela). Tylko łanie, trzy sztuki. Strzelam z przyrzutu i bez namysłu , ale - wstyd się przyznać - pudłuję. Dobrze mi tak, myślę, bo zachowałem się jak sztubak. Wykazałem brak opanowania.

Mam już pusty magazynek w moim sztucerze "Winchester" kaliber 7 mm Rem. Magnum, a tu, w odległości może 40 metrów, przed nami wychodzi z lasu na skraj drogi "byczysko", ósmak ze złamanym częściowo porożem. Drwiącym okiem zawadiaki spogląda na mnie, intruza, który ośmiela się zakłócać mu podchód za panienkami (a to okres rui). Zwycięskie walki jakie niewątpliwie stoczył z rywalami, zapewne stępiły jego czujność, bo kompletnie zignorował Les'a. A ten już zdążył załadować jeden nabój do swego sztucera "300 Winch. Magnum". Les niewiele celując wygarnął do niego, kładąc go prawie na miejscu. Dobrze się zaczęło, dopiero 5 minut na polowaniu i prawie pod domem Henia.

Wywołuję Henia przez radio i proszę aby, zechciał wrócić po swój pojazd - ATV (All Terain Vehicle - wszędołaz) i "przytargał" do siebie byka, już wypatroszonego i leżącego w na skraju drogi z przyczepionym znacznikiem (tag). Obaj z Jankiem początkowo nie chcą uwierzyć, że już coś ustrzeliliśmy, bo nie słyseli naszych strzałów (przeciwny wiatr). Powiedzieliśmy im, że idziemy dalej, a oni niech się zajmą transportem, a później wrócą na umówione miejsce. Polujemy dalej.

Les - ubrany jak do naganki, a więc lekko, goni jak zając, trudno za nim nadążyć. Ja ubrałem się dość ciepło, bo temperatura ok. minus 10 stopni C., więc mówię do niego, że musimy zmienić taktykę. Będę polował, tak jak ja to robię i lubię, czyli idąc wolno i często zatrzymując się. Les wytłumaczył mi pobieżnie, gdzie, w którą stronę iść. Dał mi wolną rękę, mówiąc, że będzie podążał za mną w odległości ok. 100 metrów. OK - teraz można delektować się polowaniem i cichym pędzeniem równocześnie.

Raz po raz podrywają się przede mną - zalegające w gęstwinach - jelenie. Nie ma szansy na strzał, bo tylko sekundkowy błysk pozwala mi je zindentyfikować. Może wyjdą na Janka lub Henia. Zbliżając się do zamarzniętego bobrowego stawu, znajduję świeże tropy łosi. Przekraczamy duży staw i wdrapujemy się na przeciwległe lesiste zbocze, trudne do pokonania, bo dużo powalonych i połamanych drzew.

Na płaskowyżu trochę lepiej się idzie. Znajduję stary, zarośnięty, ledwo zauważalny dukt, a na nim dość świeży trop jelenia - byka. Wiedzie on jednak nie w tym kierunku w którym idę. Trop prosty jak sznurek lisa. W jednym miejscu, obok dużego świerka zatacza kółko tuż przy nisko zwisającej gałęzi. Już wiem; to tu przyszedł by wytrzeć swój łeb i zostawić swój zapach dla swoich "kolegów i koleżanek". Czekam na Les'a by mu pokazać ten ciekawy moment z życia byka (jego byka, bo na jego terenie znajdujemy się). Les uprzedza mnie, abym teraz był czujny, bo zbliżamy się do najlepszego - jego zdaniem - miejsca żerowania zarówno łosi, jak i jeleni.

Kontynuujemy polowanie dalej. Zaczyna padać śnieg. Na lunecie mam zamocowane przeźroczyste osłonki na zawiasach, więc nimi osłaniam szkła lunety "Leupold" 3 - 9 x 40mm.

Wylot lufy sztucera mam zaklejony cienką plastykową taśmą samoprzylepną. Nie muszę obawiać się, że okiść śniegu lub jakaś uschnięta gałązka z drzewa zatka mi lufę. Taśma przy strzale nie przeszkadza, bo zostaje rozerwana przez sprężone powietrze. Ten sposób podpatrzyłem u tutejszych myśliwych. Początkowo im nie wierzyłem, ale później, kiedy zobaczyłem, że po strzałach lufy ich sztucerów są "całe i zdrowe" - przekonałem się do niego.

Mój sztucer nie ma żadnych innych przyrządów celowniczych poza lunetą. Brak muszki i szczerbinki umożliwia bardzo niskie, blisko lufy, zamocowanie lunety, co ma tę zaletę, że linia celowania i tor pocisku są blisko siebie. Polując w gęstym lesie, nastawiłem lunetę na najniższe powiększenie (3 x), tak aby mieć jak największe pole widzenia.

Dodam jeszcze, że na tym kontynencie mało kto zwraca się do rusznikarza z prośbą o zamontowanie lunety. Sztucery kupowane w sklepie mają już nawiercone odtwory pod zamocowanie lunety. Należy tylko dokupić odpowiedni do nich montaż (zestaw pierścieni i podstawę) i samemu go zmontować podążając za wskazaniami instrukcji. Nie zajmuje to więcej niż 15 minut.

Ja używam na swoich sztucerach (mam jeszcze "Browning" kal. 243, lever action) tylko montaży rozłączanych. Uważam, że takie rozwiązanie jest bardzo praktyczne, szczególnie gdy się dużo podróżuje. Na czas transportu, kołowego lub lotniczego, luneta jest odłączona i spoczywa w oddzielnym opakowaniu. Nie naraża to jej i montażu na stres jaki występuje podczas transportu. Duża część tutejszych myśliwych nie ma zaufania do takiego odłączanego systemu, stąd montują oni lunety na stałe. No ale oni, nie przeszli "europejskiej szkoły", w której to rozłączane montaże powszechnie występują, są dobrej klasy i myśliwi mają do nich zaufanie.

W uchu słyszę głos Janka (każdy z nas ma radio z miniaturową słuchawką w uchu i malutkim mikrofonem przypiętym do kołnierzyka koszuli). Jest to nasz system porozumiewania się - dyskretnego dodam. Polując w grupie, musi się mieć jakieś systemy porozumiewania. Chodzi o to, by nie strzelić więcej zwierząt ponad ilość posiadanych odstrzałów. W Kanadzie nie ma selekcji w polskim rozumieniu, więc strzelać może każdy uczestnik grupowego polowania, nawet jeśli nie ma on odstrzału na dany rodzaj zwierzyny. Wystarczy, żeby je miał inny członek grupy. Do porozumiewania się można używać różnych środków sygnalizacyjnych - nie musi to być radio.

W naszym przypadku, używamy radia, bo jest to dogodny sposób na utrzymywanie kontaktu z myśliwymi będącymi nieraz w oddaleniu kilku kilometrów (zasieg naszych walkie-talkie wynosi ok. 7 km).

Janek mówi, że wracają do domku Henia by zająć się smażeniem wątróbki. Zimno im, bo stali na dość otwartym terenie, a wiatr wieje dość mocno. Trudno, mówię. Rozumiem jednak ich decyzję, bo na takim wietrze można wytrzymać tylko parę godzin, a już conajmniej dwie godziny polujemy. Nam; idącym w gęstwinach i zaciszu, brnącym po głębokim śniegu, jest trochę cieplej. Decyduję się na dalszy podchód, aż do końca duktu, który łączy się z drogą przy której mieszkają nasi gospodarze.

Minęło ok. 30 minut. Zbliżam się do zakrętu duktu, na którym w odległości ok. 30 metrów widzę dużego świerka, z nisko zwisającymi gałęziami. Robię chwilę przerwy. Nasłuchuję i obserwuję.

Nagle; poprzez gałęzie tego świerka mignęła mi szara postać, może to jeleń - myślę. Złożyłem się do strzału. Po chwili w lunecie widzę wychodzącego zza świerka ...wilka, idącego z wietrznikiem przy ziemi, tym samym tropem jelenia co i ja. Zobaczył mnie. Podniósł łeb do góry i ...już w tym momencie wiedziałem, że to wilk. Kto raz w życiu zobaczy latarnię wilka w lunecie, z odległości 30 metrów, to nigdy nie będzie miał wątpliwości kogo zobaczył. Wilk sprężył się do skoku w bok, podając mi swój bok by ulokować w nim kulę. Jeden strzał wystarczył. Wilk padł na miejscu. Dokładniej mówiąc, była to wadera.

Jeszcze dobrze nie przebrzmiało echo strzału, a już w uchu słychać głos Janka ..."waściu (tak się Janek żartobliwie do mnie zwraca), kto i do czego strzalał tak blisko naszej chałupy". Mówię, że strzeliłem wilka. A on powtórz bo nie rozumię. Mówię mu jeszcze raz; "I've shot a fucken wolf". Taraz "poniał".

Rzadko kiedy używam "brzydkich słów" czy to w języku polskim, czy w angielskim, ale teraz przemówiły przeze mnie emocje. Sorry. To oddaje stan mego ducha w tym wyjątkowym momencie. Za wilkami jeździłem już od kilku lat. Jest to w Ontario dość trudne polowanie, bo wilki przeważnie aktywne są nocą, a nam wtedy polować nie wolno (przepisy zezwalają polować od pół godziny przed wschodem słońca, do pół po jego zachodzie). Polowałem na nie na skuterch śnieżnych, na których podjeżdżało się w dalekie zanęcane mioty i to przy temperaturze nawet minus 30 stopni, ale nigdy nie udało mi się do żadnego strzelić. Robili to inni przy mnie, ale nie ja. Nawet ten sztucer kal. 243 kupiłem specjalnie do tych polowań. Teraz, kiedy tego się najmniej spodziewałem...

Znowu prośba do Henia, aby zechciał przyjechać swoim ATV po strzelonego wilka, bo trochę on waży.

Przez następne godziny zajęci byliśmy obielaniem zwierząt, pałaszowaniem smażonej wątróbki z cebulą - pod "Warkę" (można to piwo kupić w kanadyjskich sklepach, chociaż zawiera trochę mniej alkoholu - nie jest takie Strong jak to sprzedawane w Polsce) i ... planowaniem popołudniowego polowania.

Zobacz co działo się dalej


Opracował 15/12/2002
Józef Starski

Powrót do polowań


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.