strona główna forum dyskusyjne

























Odlot z Montrealu na wyspę Anticosti Berthier przygotowuje czterokołowy motocykl do rozpoczęcia podróży po małych leśnych ścieżkach Teraz wierzę, że nikogo tu nie było od 2 lat Czasami ciężko jest dostać się do siekiery zamocowanej z przodu motoyckla Berthier w czasie południowego odpoczynku Nareszcie mam swojego pierwszego jelenia To nie ja będę kierował - ale zdjęcie muszę mieć Droga powrotna jest cięższa z powodu dodatkowego Poprzedni przewodnicy mogliby rozcinać powalone drzewa na większą szerokość Według polskiej tradycji Prospekcja terenu, na którym strzeliłem drugiego jelenia Berthier usiłuje znaleźć miejsce, aby dojechać po jelenia motocyklem Niestety musimy go ciągnąć przez plażę, bo nie można dojechać motocyklem Mój drugi jeleń Wracamy z odległego terytorium Czasami, aby zawrócić trzeba pomóc samochodzikowi pomimo jego napędu na 4 koła Odpoczynek po polowaniu Wodospad pośrodku wyspy Inne ujęcie wodospadu Do zobaczenia za rok
GODŁO: ANTICOSTI

Anticosti - wyspa o powierzchni około 8000 km kwadratowych u wybrzeży Kanady w ujściu rzeki Świętego Wawrzyńca. Wyspa wielkości Korsyki, która zamieszkuje tylko 300 osób oraz 120 tysięcy jeleni.

W 1896 roku przywieziono na nią 220 jeleni, które rozmnożyły się do tego stopnia. Człowiek zlikwidował naturalnych wrogów takich jak niedźwiedź i kojot co pozwoliło na szybki rozwój populacji jeleni.

To będzie moje pierwsze polowanie na jelenie. Przygotowania trwały długo i były drobiazgowe. Włącznie że specjalnymi szamponami usuwającymi zapach człowieka i stosami artykułów na temat sposobów polowania. Arto, który tym razem że mną nie jedzie zadeklarował się zawieźć nas na lotnisko. Nas to znaczy mnie i moją żonę. Nie polującą, ale towarzyszącą.

Pobudka o 5 rano, wszystko jest już spakowane. Ostatnie ablucje specjalnym szamponem, zakaz używania wody kolońskiej i perfum. Po prostu się nie golę. Arto dzwoni, że jest już na trasie do nas. Lotnisko, z którego odlatujemy jest typowym małym lotniskiem dla samolotów śmigłowych. Mała salka na kilkadziesiąt osób, jeden kontuar, maszyna do kawy i kilka kanap. Jest już kilkunastu myśliwych, bo samolot jest wyczarterowany tylko dla nas. Za drucianą siatką stoi mała drewniana budka z napisem ANTICOSTi. Tam oddajemy bagaże i karabiny. Zamiast biletów, chłopak odhacza nas na liście i już tylko czekamy na odlot. Żadnej kontroli, żadnej biurokracji - sami myśliwi. Z Montrealu lecimy do miasta Québec. Tam dosiada się kilku myśliwych. Samolot jest pełen - 40 osób. Za następne półtorej godziny jesteśmy nad oceanem i wkrótce potem lądujemy na wyspie.

Lądowanie w stylu Rock'n'Roll z poślizgiem kontrolowanym w błotnistej nawierzchni pasa startowego. Pilot miał masę roboty, aby jego maszyna nie zboczyła w las. Po kilkunastu sekundach samolot zwolnił i jechał już na pewniaka.

Autobusem przewieziono nas 8 km do miejsca zamieszkania. Kilkuosobowe drewniane domki nad brzegiem oceanu, trochę sztucznie wyglśdajśce na tle dziewiczego krajobrazu.

Po jakimś czasie dojechały bagaże i zaraz potem zjawił się przewodnik (ma na imię Berthier i będzie się opiekował naszą czteroosobową grupą), aby zabrać nas na strzelnicę. Musiał sprawdzić jak strzelamy i czy mamy dobrze wyregulowane lunety.

Oddałem jeden strzal. Berhier sprawdził przez lornetkę i mówi, że bije trochę nisko. Byłem zdziwiony, że po jednym strzale już ocenia jak jest wyregulowana luneta. Nie celowalem w środek białego kółka lecz w jego dolną granicę między białym i czarnym. Strzeliłem jeszcze dwa razy i Berthier zawyrokował, że muszę przeregulować lunetę. Zrobiłem wielkie oczy i mówię mu, że myślałem, że będzie chciał wiedzieć jakie mam skupienie, a potem będziemy dyskutować o ewntualnym przestawieniu lunety. Berthier upiera się przy swoim. Więc jak już zrozumiałem jego procedurę, to mówię mu: ok, teraz będę celował tam, gdzie ty chcesz. Paf i kula w samym środku tarczy. Odległość 50 metrów więc nie było to takie trudne. Zdziwiło mnie to, że regulują lunety na tak bliski dystans. No, ale jestem tu pierwszy raz więc nie wiem jak to jest zorganizowane.

Wracamy do obozu. Jest nas 40 myśliwych, którzy będą mieli do dyspozycji 1000 km kwadratowych przez 4 dni. Jeleni jest dużo, średnio 15 jeleni na km kwadratowy. Niestety dla mnie mniej tylko około 3 gdyż nastawiam się wyłącznie na byki. Proporcja łań do byków wynosi około 5 do 1. Tak więc średnio zostają mi 3 na km kwadratowy.

Wieczorem w naszym domku ( 3 myśliwych i jedna myśliwka plus 2 osoby towarzyszące) naradzamy się jak będziemy polować. Przewodnik jest jeden na nasza czworkę, więc każdy z nas będzie mógł skorzystać z jego wiedzy i umiejętności tylko jeden dzień. Ja stawiam dużo pytań odnośnie ubioru, bo nie znam terenu i nie wiem jakiego rodzaju będzie polowanie.

Nie udało nam się ustalić nic konkretnego, bo rozmawialiśmy tylko między sobą i tak na prawdę nikt z nas nie wiedział, gdzie zostaniemy rozrzuceni. Ja w tej 4 osobowej grupie jestem najmniej znany, bo mieszkam w innym mieście. Gilles, który mnie wprowadził do swojej grupy, przyjechał że swoim kolegą i jego żoną (myśliwka). Tak więc ta trojka myśliwych zna się jak łyse konie, a ja jestem nowy w towarzystwie i w dodatku bez dużego doświadczenia. Mam za to duśe przygotowanie teoretyczne więc moi nowi koledzy zaczynają sobie że mnie żartować, że jestem mistrzem teorii i że ich biję na głowę swoją wiedzą. Gilles jest wlaścicielem dwóch ośrodków wypoczynkowych, a André i Julie są adwokatami. Wydedukowałem, że pomimo że polują od ....dziestu, .....dziestu lat to polują sporadycznie i nie poświecają dużo czasu ani na teorię ani na praktykę na strzelnicy. Poza tym żadne z nich nie było za bardzo zainteresowane w zdobyciu dużego trofeum, raczej aby miło spędzić czas, oderwać się od pracy i jak się coś nawinie to strzelić. Zauważyli moją silną determinację i dlatego postanowili, że to ja pójdę pierwszego dnia z Berthier a oni sobie jakoś poradzą sami.

Pobudka o 5.30. Jemy śniadanie. Ubieramy się ciepło.o 6.00. Berthier już na nas czeka wielkim samochodem gdzie mieści się 6 osób, a z tyłu na skrzyni stoi czterokołowy motocykl z napędem na 4 koła. Ruszamy. Jest jeszcze ciemno. W czasie jazdy rozwidnia się. Mamy do przejechania około 30 kilometrów. Przewodnik stara się wyczuć z kim ma do czynienia. Rozmowa toczy się na temat polowania. W pewnym momencie Berthier zatrzymuje samochód i mówi do André: masz z prawej strony byka, jeśli masz ochotę to wyjdź spokojnie z samochodu i spróbuj strzelić może jeszcze będzie stał. Ten wychodzi powoli z samochodu, robi kilka kroków, składa się do strzału. Bang. Byk rusza w strone lasu, pada po 100 metrach i już nie może się podnieść. Wychodzimy z samochodu i idziemy zobaczyć. Byk co chwilę unosi łeb, ale nie może się podnieść. Przewodnik bierze karabin od André i strzela. Byk nieruchomieje. Jestem trochę zdziwiony tym sposobem polowania, ale postanawiam obserwować. Berthier zakłada gumowe weterynaryjne rękawice i patroszy byka. Potem łapie go za wieniec i razem z Gillesem ciągną go do samochodu. Pomagam im wrzucić go na skrzynię obok motocykla i ruszamy. Jest dopiero 7 rano a tu już jeden jelen jest w samochodzie. Berthier sonduje dalej w jakim stylu będzie się toczyło polowanie. Pyta, czy jesteśmy zainteresowani w strzelaniu do łań. Koledzy coś tam marudzą pod nosem, ale nie bardzo zdecydowanie więc postanawiam się zadeklarować. Mnie interesują wyłącznie byki i nie będę strzelał do łań. Zaczyna być całkiem widno. Przewodnik zostawia Gillesa na pewnym odcinku tłumacząc mu gdzie ma iść. Konsultują mapę używając kompasu. Ruszamy dalej bez Gillesa, który ma największe doświadczenie więc chyba sobie jakoś poradzi sam. Po kilku kilometrach zatrzymujemy się. Berthier instaluje stalowe szyny i zjeżdża motocyklem że skrzyni. Wychodzę z samochodu i zaczynam się rozbierać. Jestem ubrany zbyt ciepło. Zdejmuję kurkę i zostawiam w samochodzie jedną bluzę. Pytam się Berthier co mam z sobą zabrać? Tylko karabin i naboje, gdyż będziesz że mną. On nie ma karabinu, ale ma za to mały plecak, w którym ma wszystko co potrzeba. Julie i André będą kontynuować jeszcze kilka kilometrów samochodem. Ja z Berthier wsiadamy na motocykl i ruszamy boczną dróżką. Berthier przekrzykuje hałas motocykla informując mnie, że jest to terytorium, na którym nikt nie polował od 2 lat. Hm. Widzę ślady kół, więc nie za bardzo w to wierzę. Dróżka chwilami przypomina strumyk, leży pełno śniegu, kamieni, powalonych drzew. W pewnym momecie po kilku kilometrach ślady kół się urywają. Zaczynam wierzyć, że wkraczamy w miarę dziewicze terytorium. Berthier zaczyna szukać jeszcze mniejszej odnogi od naszej dróżki. Krzyczy, że nie był tu dwa lata i będzie szukał tej odnogi. W pewnym momencie zatrzymuje nas drzewo powalone w poprzek naszej dróżki. Berthier odpina siekierę zawieszoną z przodu motocykla i zaczyna przecinać pień. Korzystam z okazji, aby go sfotografować przy tej pracy. Po kilkunastu minutach dróżka jest odblokowana i jedziemy dalej. W pewnym momencie się kończy. Berthier jest zakłopotany. Tłumaczy, że przegapił odnogę, w którą mieliśmy zboczyć i teraz musimy zawrócić. Mówi mi, żebym patrzył na prawo na coś, co przypomina swoją konfiguracją wjazd do lasu. Jedziemy trochę wolniej. Co chwilę pukam go w ramię pokazując możliwe wejście do lasu. Ale to ciśgle nie to. W końcu wydaje z siebie okrzyk radości. To tu.

Zaczynamy kolejny etap podróży, który w niczym nie przypomina poprzednich. Nie wyobrażałem sobie, że 4 kołowy motocykl jest w stanie pokonać takie wertepy. Nie wiedziałem, że to dopiero wstęp do prawdziwej przygody. Po kilkuset metrach las zaczął przypominać mokradla z kępami traw przykrytych czapami śniegu. Temperatura w okolicach zera stopni. Jechaliśmy coraz wolniej, bo woda miejscami dochodziła do połowy kół. Powalone drzewa dawały tak małą przestrzeń, że Berthier wyjmował siekierę i odrąbywał grube gałęzie bluźniąc na "drwala", który tu był dwa lata temu. Następnie stojąc obok motocykla przekręcał rączkę gazu, motocykl sam przedzierał się przez cieśninę gałęzi. Po przejechaniu 2 metrów stawał, bo rączka gazu wracała do pozycji zero, my dochodziliśmy do niego zgarbieni pod kiściami gałęzi. Na tej trasie 3 razy "zakopaliśmy" się lub raczej przytonęliśmy w wodzie i błocie. Wtedy schodziłem z motocykla, opierałem karabin o drzewo i wypychałem motocykl z bajora.

Bylem zgrzany od środka, a zmarznięty na zewnątrz. Na głowie wełniana czapka plus kaptur. Rękawiczki namokły i w styczności z metalowymi rurkami (które zapobiegały wypadnięciu z motocykla) - było to niezbyt dobre zestawienie. Wyobrażałem sobie, że tak musiał kiedyś wyglądać matecznik opisywany przez wieszcza Adama.

W pewnym momencie Berthier zatrzymał motocykl i wyłączył silnik. Zaczął mówić do mnie szeptem, że teraz pójdziemy na nogach i żebym już od tej chwili glośno nie mówił. Kazał mi zdjąć obowiązkową pomarańczową kamizelkę - bo jaki stróż prawa dotarłby do tego miejsca, aby każdemu z nas wlepić karę po 500 $.

Od tej chwili zaczęło się polowanie z podchodu. Po kilku minutach marszu nagle przed nami rozpostarła się rozległa na 2 czy 3 kilometry przestrzeń. Na niej w odstępach 100 lub 200 metrów, grupki łań z cielakami. Najbliższa była oddalona od nas o około 150 metrów. Berthier spojrzał na mnie z wyczekiwaniem i spytał, czy chcę strzelać do łań? Kategorycznie zaprzeczyłem. Odpowiedziałem zdecydowanie. Interesują mnie wyłącznie byki.

Jasne, że chciałby jak najszybciej zadowolić klienta, a tu masz babo placek. Tylko byk i nic poza tym.Popatrzył na mnie i powiedział: O.K. możesz być pewien, że pokażę ci na 100% byka, ale będziesz musiał się dużo nachodzić.

Ruszamy. Trochę mnie przestraszył, bo nie posłuchałem się rady Gillesa i zamiast założyć gumiaki to założyłem skórzane buty do połowy łydki. Stojąc po kostki w wodzie i odpowiadając na pytanie przewodnika zacząłem się bać czy skóra w butach wytrzyma i nie przemięknie?

Ruszyliśmy żwawym krokiem wzdłuż ściany lasu. Najbliżej nas stojące łanie z wolna podniosły łby jakby nie wierząc własnym oczom, że jacyś śmiałkowie tu się zapuścili. Wpatrzone w nas stały nieruchomo. Ale do czasu. Jeszcze kilka kroków i puściły się w stronę lasu kiwając nam na pożegnanie białymi lustrami zadów.

Szliśmy przez mokradła. Starałem się jak mogłem stąpać po kępach zaśnieżonej trawy, aby opóźnić proces przemakania skóry. Berthier zauważył moje "piruety" i powiedział, żebym się przyzwyczajał iść po jego śladach, bo jak będziemy się zbliżać do jakiegoś byka, to muszę iść w jego "cieniu". Poddałem się. Niech się dzieje wola nieba. Albo nowoczesna technologia pozwoli mi spędzic cały dzień w butach na mokradłach albo trzeba będzie przerwać polowanie i wrócić do obozu. Kondycja fizyczna to następny temat. Berthier to niezły grubasek - kilka miesięcy w lesie w ciągu roku od kilkunastu lat spowodowało, że moze sobie chodzić po tych mokradłach jak po asfalcie. Ja to zupełnie inna sprawa. Myślałem że będziemy spacerować po lesie, a nie łazić po bagnach lub zapadać się po kolana w sśniegu. Po trzech godzinach, idąc ścianą lasu zrobiliśmy może jedną trzecią polany. Doszliśmy do jeziora, do którego wpadały wijące się jak wstążki na wietrze strumyki. Usiedliśmy pod drzewem, aby zjeść po kanapce.

Berthier jedząc obserwował mnie i glośno myślał. W tym tempie nie obejdziemy polany, bo jestem zbyt słaby fizycznie. Hm. pójdziemy na ukos, okrążając małe stawy i starając się iść od jednej kępy drzew do drugiej. Jak na razie widzieliśmy około 20 łań i żadnego byka. W końcu jakiś byk musi się pojawić. To tylko kwestia czasu, przemierzanej przestrzeni i włożonego wysiłku - pocieszałem się.

Berthier nie wiedział o jednym, że zacząłem mieć jakiś ból w lewym biodrze. Wypychając motocykl z jakiejś kałuży, coś sobie naciągnałem. Teraz ból powoli narastał z każdym krokiem, ale ja zacisnąłem zęby i postanowiłem mu nic nie mówić, aby nie przerywać podchodu. Po kilkuset metrach zauważył, że zacząłem zostawać z tyłu. Powtórzyło się to kilka razy, więc zapytał czy jestem O.K.? OOO TAAAK - odpowiedziałem. To tylko moje 6 by-pasów. Ale poza tym to wezmę kilka glębszych oddechów i możemy kontynuować. Starałem się obrócić to wszystko w żart, ale było coraz gorzej. To nie kondycja fizyczna nawalała, ale ból w biodrze się nasilał.

Berthier zauważył moje kłamstwo i zadecydował, że zamiast iść na przełaj, pójdziemy od tej chwili w stronę motocykla i jak będziemy około 15 minut marszu od niego to się zasadzimy w jakichś zaroślach. W ten sposób będziemy blisko motocykla, a ja będę mógł odzyskać siły. Na moje nieszczęście byliśmy w połowie polany pokrytej zlodowaciałym śniegiem i co trzeci krok zapadałem się po kolana. Ból w biodrze nasilał się i postoje stawały się coraz dłuższe. Doszliśmy do stawu gdzie Berthier kazał mi usiąść, a sam poszedł do pobliskiej kępy krzaków i zaczął wypatrywać za pomocą lornetki. Trwało to długo. Wystarczająco długo abym porządnie odpoczął. Berthier dalej lustrował polanę we wszyskich kierunkach. Widzieliśmy już około 40 łań i ani jednego byka. Nie byłem zmęczony, tylko ten ból w biodrze doskwierał coraz bardziej. Teraz już powłóczyóem lewą nogą. Doszedłem do kępy krzaków i z fałszywym uśmiechem na ustach powiedziałem, że jestem jak nowo narodzone dziecię i że możemy kontynuować. Berthier spojrzał na mnie badawczo i powiedział. Ty tu zostań, a ja pójdę po motocykl.No nie. Nie było ze mną aą tak źle. Uparłem się, że powoli ale pójdziemy razem.

Ruszyliśmy w stronę motocykla. Pesymizm i smutek zaczęły dominować nad nadzieją. Po kilkuset metrach okrążania małych stawów i skracania sobie drogi przez zlodowaciałe skorupy kałuż, zatrzymaliśmy się nad brzegiem małego jeziorka. Dookoła mokradła, kępy trawy przysypane zlodowaciałym śniegiem, zamarzające kałuże i coraz zimniejszy wiatr. Berthier zatrzymał mnie stanowczo mówiąc: usiądź i odpocznij a ja zobaczę co się tam dzieje. Zaczął lustrować przez lornetkę w ścianę lasu. Nie tam dokąd zmierzaliśmy lecz trochę w lewo. W odległości około 200 metrów pasły się spokojnie łanie. Tyle już ich dziś widziałem że nie robiły na mnie żadnego wrażenia.

JEEEST. Berthier podnieconym głosem krzyknął. JEST BYK. Nie odrywając lornetki od oczu relacjonował. "Dopiero co wyszedł z lasu i idzie w kierunku łań Widłak a moze nawet szóstak?". Zadowolony odwrócił się do mnie, ścisnął za ramię i szeptem spytał: Możesz strzelać na taką odległość? A ile to jest według ciebie? (lornetka z laserowym dalmierzem została w samochodzie, bo Berthier kazał mi zabrać tylko karabin). No będzie z 250 metrów. Ale jak oprzesz karabin na moim ramieniu to go będziesz miał !!.

Zawahałem się przez moment, bo jak ten idiota, po poprawkach wprowadzonych na polecenie Berthiera miałem lunetę wyregulowaną na dystans 50 metrów. Czyli dodatkowo trzeba wziąć poprawkę i celować z 10 cm wyżej. Zapropoponowałem mu, żeby klęknąl a jego ramię służyło mi jako podpórka. Zdziwił się trochę, ale ukląkł. Oparłem karabin na jego ramieniu. Zobaczyłem byka w lunecie. Berthier usłyszał, że odbezpieczam broń wyszeptał przez zaciśnięte zęby: tylko nie strzelaj dopóki nie zatkam uszu bo mnie ogłuszysz.

Nagle jego kaptur zasłania pole widzenia lunety, ponowna korekta położenia sztucera i ostatnie rady przewodnika rozemocjonowanego nie mniej niż ja: "Teraz czekaj spokojnie aż się dobrze ustawi bokiem. Nie spiesz się bo byk idzie powoli w stronę łań, skubie trawę i idzie w naszą stronę. Odległość powoli się zmniejsza. Byk staje, podnosi łeb do góry. Berthier zatyka uszy i mówi powoli - "TERAZ".

Jeszcze tylko wypuszczam powietrze, widzę jak krzyż lunety wędruje po łopatce do góry. Znów jak błyskawica przelatuje mi przez głowę przestroga Witka związana z pojawiającym się w takich momentach kołataniem serca i niemożnością trafienia nawet w stodole. Ale jestem spokojny. Jeszcze drobna korekta położenia krzyża i... pada strzał. Byk zastyga przez chwilę, nagle rusza susami przed siebie. Biegnie 50 metrów i znika.

Berhier podrywa się z ziemi. Krzyczy jak oszalały: masz go, masz go !!!. Klepie mnie po plecach. Skacze do góry. Cieszy się jak dziecko, skacze jak opętany: i ciągle wrzeszczy: masz go, masz go. Nagle uspokaja się i patrzy na mnie zdumiony.
Dlaczego się nie cieszysz? Bo nie wierzę, że go mam dopóki go nie zobaczę - odpowiadam. Nie zgrywaj się, on tam leży. Nic nie widzę. Kępy trawy z tej odległości nie pozwalają nic dostrzec. Zaczynamy iść w kierunku byka. Zapominam o moim bólu w biodrze. Strasznie długo trwa ten marsz. Mimo, że to tylko te 250 metrów. W końcu go widzę. Leży nieruchomo.

Teraz ja zaczynam skakać, cieszyć się, ściskać i klepać Berthiera po plecach dziękując mu za podprowadzenie. Był moimi oczami, bo sam już nic nie widziałem, był moimi uszami, bo już nic nie słyszałem. Nic już do mnie nie docierało poza bólem z biodra, który teraz o dziwo ustąpił ?? Byk leży nieruchomo w trawach. To ósmak. Wieniec, jak mówią tubylcy w kształcie koszyka. Berthier patroszy go i każe mi zostać. Sam idzie żwawym krokiem po motocykl. Ma wrócić za pół godziny. Zostaje sam z jeleniem. Dochodzę powoli do siebie. Wyjmuję z kieszeni aparat fotograficzny. Szukam zielonych gałązek, aby tu w Kanadzie zwyczajem polskich myśliwych oddać mu cześc ostatnim kęsem.

Zaczyna mi być zimno w ręce. Palce mam zlodowaciałe. Szukam rękawiczek. W kieszeni mam tylko jedną, lewą. Zaczynam się zastanawiać gdzie zgubiłem prawą? Powoli odkręcam w głowie taśmę wydarzeń. Przed strzałem zciągnąłem prawą rekawiczkę, żeby mieć lepszy chwyt kolby, później podniecony biegiem wydarzeń zapomniałem ją podnieść. Nie czułem ani zimna, ani bólu w biodrze, ani zmęczenia, ani przemakających butów. Była 13 godzina, a o 6 rano wyruszyliśmy na polowanie. To jednak dobra technologia - buty wytrzymały kilka godzin w wodzie. Postanawiam wrócić nad brzeg jeziora i poszukać rękawiczki. Mam na to około 20 minut. Ruszam, ale patrząc w stronę jeziora wydaje mi się, że to bliżej niż 250 metrów. Postanawiam robić duże kroki, które mają około jednego metra aby sprawdzić odległość. Doszedłem do brzegu po 175 krokach. Dochodzę do wniosku, że Berthier przesadził z odległoscią żeby mi dodać splendoru. Nie znalazłem rękawiczki. Wracam do byka. Zaczynam oglądać, gdzie weszła kula. Weszła przez góre lewej łopatki. Badyl kiwa się. Kula strzaskała cały staw. Jak on biegł na trzech nogach? Zaczynam kalkulacje. Nie znam dobrze anatomii, ale byk padł po kilku sekundach, był widać dobrze trafiony. Gdyby Berthier ocenił lepiej odległość to być może trafiłbym go trochę niżej w serce. Ale z drugiej strony to przecież padł prawie natychmiast. To był też dobry strzał.

Z daleka słyszę terkot motocykla. Berthier jest ciągle podniecony. Robi mi zdjęcia. Pokazuje mi jak mam stanąć w tryumfującej pozie. Mówie mu, że tak nie chcę. Tam skąd pochodzę to nie przystoi. Słucha z zaciekawieniem. Zaczynam mu wyjaśniać dlaczego, ale widzę że rozmawiam z potomkiem tych co musieli naprawdę walczyć z przyrodą i każde takie zdarzenie to dla nich swoiste, kolejne zwycięstwo w walce z przyrodą.On szanuje moje zwyczaje, ja jego. Robie mu zdjęcia, na których stara się pozować tak jak ja.

Pomagam mu położyć byka na bagażniku z przodu motocykla. Biorę swój karabin i plecak Berthier. Po mokradłach jazda idzie bardzo dobrze, ale jak wjeżdżamy do lasu to robi się dużo ciężej. Mamy dodatkowego "pasażera". Berthier nauczony smutnym doświadczeniem zmienia taktykę pokonywania wodnych rowów. Przed zapamiętanymi wodnymi dziurami dodaje gazu. Nie wiem czy w końcu się nie przewrócimy na bok od tego rajdowania. Udaje nam się przebrnąć przez wszystkie bajora, w których poprzednio utknęliśmy. Zaczyna się lżejszy odcinek. Bardziej suchy, ale za to usłany powalonymi drzewami. Jakiś drwal, który tu był dwa lata temu rozciął drzewo leżące w poprzek, tak że motocykl ledwo się mieści w tym przesmyku. Berthier zaczyna walczyć z maszyną. Brakuje mu już cierpliwości, żeby wyjmować siekierę i zaczynać rąbać. Po kilku minutach buksowania w przód i tył, motocykl ustawia się idealnie w linii i na styk przeciska się przez szczelinę. Mam już dosyć tego hula-hop. Wsiadam na motocykl marząc abyśmy dotarli jak najszybciej do dróżki przypominającej strumień, która to wydaje się autostradą w porównaniu z tymi wertepami. Jeszcze kilka minut i nareszcie jest nasza strumykowa "autostrada". Kilka kilometrów tej dróżki i jesteśmy na głównej drodze. Berthier rozgląda się czy André i Julie zostawili pomarańczową taśmę na drodze. Jeśli tak, to pojechali w lewo, jeśli nie, to pojechali w prawo. Taśmy nie ma. Jedziemy w prawo. Całkiem niedaleko. Tu Berthier zatrzymuje się na rozwidleniu dróg. Zdejmuje byka z motocykla, każe mi zostać i jedzie szukać pozostałych myśliwych. Zostaję sam. Zaczynam myśleć o mojej drodze, krótkiej drodze myśliwego. Najpierw gęsi, później dzik a teraz jeleń byk. Co będzie dalej ??? Które z marzeń uda mi się jeszcze zrealizować?

Stoję na rozwidleniu dróg w dziewiczym lesie, na wyspie gdzieś na skraju kontynentu, gdzie przybyłem z Polski. Tu zacząłem się uczyć polowania odmiennego niż polowanie wynikające z polskich tradycji łowieckich. Tak odmiennego jak różne są te dwa kraje.

W oddali szumi ocean a jego szum miesza się z szumem wiatru w koronach drzew. Chcialbym abym takich miłych dni miał w życiu jeszcze wiele a najchętniej, żeby ten dzień trwał i trwał.

Trwał, dłużej niż w rzeczywistości trwa czas odmierzony wschodem i zachodem słońca.


Opracował 07/05/2003
Sławek Łukasiewicz

Powrót do polowań


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2014 P&H Limited Sp. z o.o.