strona główna forum dyskusyjne



























Łoś to duży zwierz
Jerry ze swoją suczką Mają Ove, autor i Rikard Kjell, autor, Mariusz i Jerry Tomek siedzi pod drzewem po prawej Autor z synem przy dostrzelonym byku Autor przy skórowaniu byka Mariusz, Ake, Tomek, Rikard i Kjell Ove, Piotrek i Keith Pożegnalna kolacja Keith częstuje pożegnalnym winem
POLOWANIE NA ŁOSIE W SZWECJI

W tym roku otrzymałem zaproszenie na polowanie do Szwecji od Jerry Kilen'a, zagorzałego myśliwego i właściciela biura polowań Mr. Trophy w Sztokholmie. Jerry jest Polakiem po matce, a Szwedem po ojcu i mieszka w Szwecji od wielu już lat. Jest członkiem Polskiego Związku Łowieckiego oraz związku łowieckiego w Szwecji. Jerry organizuje polowania na łosie w okolicach Sundsvall, 450 km na północ od Sztokholmu oraz na ptactwo jeszcze dalej na północ o kolejne 450 km.

Po przyjeździe do łowiska razem z Tomkiem Chachulą i Mariuszem Czerskim w województwa Zachodnio - Pomorskiego oraz moim 15 letnim synem, zostalismy zakwaterowani w domu nad jeziorem pozostawionym do naszej wyłącznej dyspozycji. Jerry przygotował obfite zaprowiantowanie, które miało nam starczyć na śniadania przez tydzień pobytu, a staczyłoby na pobyt 2 tygodniowy. Obiady przywożono nam codziennie po południu w kontenerach do odgrzania w mikrofalówce po powrocie z polowania.

Na nasz przyjazd czekała kolacja zorganizowana przez miejscowych myśliwych, na których terenach mieliśmy polować. W Szwecji uzyskuje się prawo do polowania na własnych gruntach i tak własnie mieliśmy polować z czwórką z rodziny Sahlin, Jerry'm, oraz z dwójką innych myśliwych, z których Ove Eliasson (pierwszy z lewej) był prowadzącym polowanie. Przy kolacji zostaliśmy poinformowani i sposobach i zasadach polowania, a zbiórka na przyszły dzień została określona na godz. 5:30. Ta godzina obowiązywała przez cały tydzień, co zmuszało do pobudki o godz. 4:15, aby po zjedzeniu śniadania i przygotowaniu kanapek na cały dzień, zdążyć dojechać na miejsce zbiórki.

Na łosie poluje sie pędzeniami, o znacznie większej powierzchni niż w Polsce. Pędzenie obejmuje około 300 - 500 ha i spędza się na stanowisku 2 - 3 godziny. Praktycznie więc są dwa, a wyjątkowo trzy pędzenia w ciągu dnia. Funkcje naganiacza pełni jeden myśliwy, który pędzi miot w towarzystwie psa specjalnie tresowanego do polowań na łosie. Pies okłada cały miot i gdy je znajduje daje głos. Głos psa oznacza, że oszczekuje on stojące łosie, poniewaz pies ten nie szczeka na łosie uchodzące, chociaż podąża za nimi. Łosie nie boją się zbytnio psa, który nie atakuje ich bezpośrednio i dlatego można polować na nie również z podchodu, idąc za głosem szczekającego psa.

Największą jednak różnicą w stosunku do polowań zbiorowych w Polsce jest teren polowania, a właściwie grunt w lesie gdzie się poluje. Praktycznie cały czas chodzi się po mokradłach i moczarach, a droga na stanowisko to około 1 godziny marszu w bardzo trudnych warunkach. Marsz taki wymaga lekkiego ubioru, ale kilkugodzinne przebywanie na stanowisku nakazuje posiadanie ciepłago ubrania. Myśliwi szwedzcy rozwiązują ten problem zabierając ze sobą plecaki, których stelaż jest również krzesełkiem. Krzesełko to jest bardzo przydatne nie tylko na stanowisku, bo te były w większości przygotowane w postaci zwyżek budowanych w formie ambon bez dachu, ale w przerwach na posiłek i po długich marszach na miejsce zbiórki. W plecaku znajduje się ciepłe ubranie oraz posiłek i napoje na dwie przerwy w czasie polowania, około godz. 9:30 i 14:30. Z rodzaju podłoża wynika również, jak ważne jest właściwe obuwie, a dobre gumiaki sprawdzają się w tych warunkach bardzo dobrze.

Wyniki tygodniowego polowania były zadawalające. Na dziesięć strzelb padły 2 cielaki, jedna duża klępa, jedna jałówka i jeden byk w pierwszej głowie. Z trójki gości z Polski tylko ja nie oddałem żadnego strzału, chociaż brałem czynny udział w udanym dochodzeniu postrzałka byka, zranionego przez Mariusza. Tomek strzelił jednego cielaka i jałówkę, bo właśnie na niego łosie wychodziły bez opamiętania i mógł strzelić więcej, ale umówiliśmy się, że szczęśliwcy będą dawać szansę również innym. Po strzeleniu łosia następuje następna bardzo trudna czynność, a to wytransportowanie tuszy z lasu. Należy pamietać, że łoś waży do 500 kg, a cielak jest wielkości wyrośniętej łani lub byka jelenia. W terenie bagnistym, jedynem transportem dla tuszy są sanki w postaci łódki, które 5 - 6 myśliwych ciągnie w specjalnie wykonannej do tego celu uprzęży, niekiedy 1 - 2 km do drogi. Pozostali niosą ich plecaki i broń, a więc wszyscy mają niezłą zaprawę. Po wyciągnięciu tuszy na drogę, wywozi się ją od razu z lasu i w przygotowanej wcześniej stodole skóruje, pozostawiąjąc wiszącą na dobę przed jej rozebraniem na ćwierć-tusze. Te ćwierć-tusze zawozi się do rzeźnika, który trybuje kości i paczkuje mięso gotowe do zamrożenia. W praktyce, oprócz schabu i polędwic, całe pozostałe mięso konsumuje się w postaci gulaszów, ale może jest to specyfika kuchni szwedzkiej.

Pięć dni polowania minęło błyskawicznie. Wpływ na to miały nie tylko emocje łowieckie, ale również dobra pogoda, koleżeńska atmosfera w towarzystwie myśliwych szwedzkich, dobra organizacja oraz malowniczy, choć trudny teren polowania. Myśliwi polscy i szwedzcy uczyli się jedni od drugich. Polacy polowania w trudnym terenie, Szwedzi polskich zwyczajów i tradycji łowieckiej. Przyjemnie było zaobserwować, jak koledzy ze Szwecji sami przygotowywali złom oraz dawali ostatni kęs ubitemu łosiowi. Zwyczaje te są tam zupełnie nieznane. Mariusz, jako całkowity nowicjusz wśród myśliwych musiał dodatkowo spróbować ciepłej farby z serca zastrzelonego przez siebie łosia, pierwszej ustrzelonej przez niego zwierzyny, co oprócz wymalowania powinien pamiętać do końca życia.

Pożegnalna kolacja przeciągnęła się do późnej nocy. Było masę wspomnień i opowiadań z bogatej skarbnicy przygód każdego z myśliwych. Prawdziwą rewelacją i najprzedniejszą zabawą dla wszystkich były wspomnienia jak to Ove Sahlin (pierwszy od lewej) dochodził ranionego przez siebie łosia. A było to tak. Łoś postrzelony prze Ove postanowił przepłynać jezioro, których kilka znajduje się w najbliższej okolicy terenu polowania. Poniewaz Ove mieszka nad tym jeziorem, postanowił dogonić łosia łodką wiosłową. Wskoczył na takąż i wiosłując zajadle dogonił łosia, chcąc go dostrzelić. Jak wziął broń i stanął na łodce, to zorientował się, jaka jest fala na jeziorze, bo celowanie wyglądało jakby był na huśtawce: góra, dół, góra, dół. W końcu będąc u dołu strzelił, ale fala podniosła właśnie łódkę tak, że kula przebiła łodź przy dziobie i woda zaczęła sie wdzierać do środka. Ove natychmiast złapał za wiosła i jeszcze prędzej niż za łosiem powiosłował z powrotem do brzegu. Szcześliwie dopłynął, a nie chcąc zostawić rannego łosia wsiadł w samochód i objechał jezioro dookoła. Zdążył i dostrzelił łosia w momencie wychodzenia przez niego na brzeg. Wspomnienie ruchów wyścigowego wiosłowania w obawie o zatonięcie łodzi przed dopłynięciem do brzegu było najczęściej powtarzanym gestem wśród zgromadzonych, wzbudzając za każdym razem salwy śmiechu. Pożegnanie było gorące, z obietnicami powtórnego wspólnego polowania (Mariusz i Tomek odpowiednio pierwszy i trzeci od lewej) tak w Szwecji jak i Polsce, gdzie nasi szwedzcy przyjaciele wybierali się jeszcze w tym roku.

Następnnego dnia rano czekał nas przejazd 500 km na prom, a w tym właśnie dniu pogoda załamała się całkowicie i las żegnał nas strugami ulewnego deszczu. Dodatkowo po przyjeździe na prom okazało się, że prognoza pogody przewiduje sztorm na Bałtyku. Rzeczywiście bujało nieźle, ale było to w ciągu nocy, kiedy wszyscy spaliśmy jak zabici odpoczywajac po tygodniowym wysiłku. Trochę byliśmy nawet zdziwieni oglądajac już w domu obrazy z tej nocy nocy z wiatrem dochodzącym do 11 stopni w skali Boufortha, najsilniejszym od ponad pół roku.

Opracował 24/09/2001
Piotr Gawlicki
Prezes K.Ł.Cietrzew
w Gdańsku

PS - poznaj jak polował w tym samym terenie kol. Wiesław Kozik.

Powrót do polowań


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2015 P&H Limited Sp. z o.o.